Będę Mamą! Będę…?

Czy chciałam być w ciąży? Czy zakładałam, że będę mamą? Absolutnie nie. Zawsze uważałam, że się do tego nie nadaję. Nie lubiłam dzieci i nie chciałam ich mieć. Sytuacja zmieniła się mniej więcej w połowie 2016 roku. Jedyny problem polegał wówczas na tym, że nie miałam stałego partnera, z którym mogłabym to dziecko mieć. I tak oto przyszedł lipiec wspomnianego roku 2016 i na mojej drodze pojawił się sensowny facet, a ja mało sensownie w przeciągu 5 minut naszego spotkania powiedziałam mu, że chce być mamą. Nie wystraszył się, nie uciekł, potem jeszcze odezwał 😉 Dzisiaj jest moim mężem i przyjacielem. Ale ta opowieść nie jest o tym.

Przyszedł dzień, kiedy „to” poczułam, kiedy zwariowałam na tym punkcie, kiedy chciałam być w ciąży teraz, zaraz, już. Ale w tej mojej całej obsesji nie zabrakło mi jednak odrobiny zdrowego rozsądku – nie mogłam akurat wtedy zajść – byłam w krótkim związku, bez pracy i kasy. Przyznajcie zatem, że moment fatalny, prawda? Zatem w mojej głowie narodził się plan: znaleźć pracę i uzyskać stałe zatrudnienie najlepiej w oparciu o umowę na czas nieokreślony i zajść od razu. Plan idealny. Tylko, że mój – nie nasz. Nawet go nie skonsultowałam z moim partnerem. Skoro wiedział, że ciąża to mój główny życiowy cel i jest ze mną, to jest to chyba oczywiste, że za chwile poproszę o to, aby mnie zapłodnił. No i realizowałam plan – znalazłam pracę, ale po 3 miesiącach ją zmieniłam i trafiłam do zawodowego piekła… Ale znowu odbiegam od tematu.

Była wiosna 2017 roku, kiedy dostałam umowę na czas nieokreślony w firmie, w której pracować wcale nie lubiłam, ale kasa była OK. Oznajmiłam więc swojemu partnerowi, że to jest TEN moment. I okazało się wówczas, że być może dla mnie to odpowiedni moment, ale dla niego nie. Nie mogłam być na niego zła, wszak argumenty, które mi przedstawił były racjonalne i w gruncie rzeczy zgadzałam się z nim w 100%, tylko, że… ja naprawdę tego chciałam…

Gdzieś po drodze byłam u ginekologa – badam się regularnie co pół roku. Praktycznie za każdym razem chodziłam do innego lekarza, bo szukałam tego jedynego 🙂 I tym razem również – zachęcona fejsbukowymi opiniami udałam się do doktora S. i nagle po tylu latach regularnych wizyt lekarz mówi mi, że mam niedorozwiniętą macice (taką, jaką mają 7-letnie dziewczynki) i że mogę mieć problem z zajściem w ciążę. Takiej informacji się raczej nie spodziewałam i nie ukrywam, że zdołowało mnie to. No i czemu nikt wcześniej nie zwrócił na to uwagi? To nie było moje pierwsze USG ginekologiczne. Szybciutko umówiłam się do nowego ginekologa. Pech chciał, że trafiłam na strasznego chama, więc nie wspominam tej wizyty dobrze. Zrobił mi USG i nie powiedział dosłownie nic. Zapytałam zatem o rozmiar mojej macicy i ewentualne trudności z zajściem w ciąże, a on opryskliwie powiedział mi coś w stylu „no jest trochę mała i co z tego? Nie zajdzie pani w ciążę nie z powodu macicy, a przez to, że jest pani za gruba„. Do dzisiaj słyszę ton jego głosu i widzę ten głupi uśmiech na wrednej twarzy. W każdym razie wkurzona postanowiłam schudnąć. Nie było to proste, ale podjęłam się tej próby. Po tej wizycie także odstawiłam antykoncepcję hormonalną.

Odchudzanie szło mi raz lepiej, raz gorzej, waga niewiele się zmieniała, ale czułam i widziałam po ubraniach, że mnie ubywa bądź przybywa. Wróciła mi także większa ochota na seks, lepiej czułam się bez tabletek. I o ile nie podjęliśmy decyzji o dziecku, to i tak co miesiąc liczyłam, że nie dostanę już miesiączki 😉 cóż, to się jeszcze długo nie wydarzyło…

Po kilku miesiącach nieco zniechęcona wynikami i coraz bardziej zniechęcona swoim wyglądem, który się raczej nie poprawiał, udałam się do lekarza rodzinnego. Dostałam skierowanie na badania krwi i moczu. Poza lekko podwyższonym cukrem, wszystko wyszło OK. Lekarka nie czuła potrzeby dalszej diagnozy – przyjęłam to do wiadomości i walczyłam dalej. Skutek był mizerny.

W między czasie życie toczyło się dalej – kupiliśmy mieszkanie, potem auto, zmieniłam pracę, potem dostałam awans, zaręczyliśmy się i zaczęliśmy planować ślub. Kolejne cele odhaczone, a dziecka jak nie było, tak nie ma.

Jest koniec lata/początek jesieni 2018 roku. Po regularnej cytologii dowiaduję się, że mam HPV. Przerażenie, smutek, złość i brak zrozumienia. Jak? Kiedy? To był moment, w którym na kilkanaście tygodni przestałam myśleć o dziecku. Zrobiłam kolposkopię, poczekałam cierpliwie na wynik. I nagle słyszę, że mam 2 (z 5!) najwyżej onkogennych wirusów HPV. Załamało mnie to, ale nie pozostało mi nic innego, jak regularnie się badać i pilnować tematu.

Wracając jednak do mojej walki o lepszą figurę – nie szło mi najlepiej. Po raz kolejny udałam się do dietetyka, tym razem takiego, który mnie nie olał i potraktował poważnie. Powiedział jakie badania wykonać i w jakim kierunku. Zrobiłam to. Poszłam do lekarza i powiedziałam, jakie badania chce zrobić i zrobiłam je – okazało się, że choruję na insulinooporność oraz hashimoto. Wiedząc to zdecydowanie łatwiej było mi zrozumieć dlaczego odchudzanie mi nie wychodzi, ale też wprowadzone leki i dopasowana dieta, spowodowały, że zaczęłam chudnąć. Dodawało mi to skrzydeł. Ponad to gdzieś po drodze, w kwietniu 2019 zaczęliśmy starać się o dziecko. Stało się to naszym wspólnym celem, moment był idealny. Wiedząc, że mam niedorozwiniętą macice, jestem otyła i mam hashimoto, może nie nastąpić to od razu, ale mimo wszystko podświadomie liczyłam na te 2 kreski już za pierwszym razem odkąd postanowiliśmy kochać się w moje dni płodne. 2 kreski zobaczyłam jednak po 4 próbie, 22 lipca 2019r. Byłam mega szczęśliwa! Znam ludzi, którzy starali się o ciąże miesiącami, a nawet latami, a nam udało się właściwie dość szybko 🙂 Na pierwsze USG wybrałam sie już 5.08, wiedząc, że mogę niewiele zobaczyć, ale z drugiej strony wyniki betaHCG były na tyle wysokie, że brałam nawet pod uwagę fakt, że jestem w ciąży dłużej, niż jak by na to wskazywały miesiączki. Miałam już mdłości i spałam popołudniami jeszcze przed zrobieniem testu, dodatkowo miewałam zawroty głowy i czułam się naprawdę bardzo słaba. Na USG okazało się, że ciąża jest młoda, zgodnie z ostatnią miesiączką, jednakże jest ciążą mnogą – trojaczą, stąd tak wysoki poziom hormonu. Byłam podekscytowana i przerażona jednocześnie. Po kilku dniach oswoiłam się jednak z myślą o potrójnym macierzyństwie, zaczęłam w głowie meblować pokój, wybieraliśmy już imiona i chrzestnych 🙂 Kolejne USG, na które się zgłosiłam, miałam 14.08 – chciałam mieć pewność, że ciąża rozwija się prawidłowo. Dowiedziałam się wówczas, że serce bije tylko jednemu dziecku. Chcąc to skonsultować i sprawdzić, 19.08 udałam się na kolejne USG do innego lekarza, w nadziei, że usłyszę coś innego. Wszak pokochałam już wszystkie 3 Fasolki i oswoiłam się z myślą o trójce dzieci. 19.08 okazało się, że dwa z trzech pęcherzyków ciążowych są już puste, a właściwie rozwija się tylko 1. Tylko albo aż! Usłyszałam serduszko i szybko skupiłam się na tym, że widocznie to było mi pisane i że nieważne, ile będzie dzieci – oby były zdrowe. Nie ukrywam, że było mi przykro, ale myśl o tym, że jestem w ciąży i że słyszałam bicie serca własnego dziecka, dodało mi skrzydeł. Lekarz kazał przybyć mi za 2 tygodnie, aby sprawdzić, czy puste pęcherzyki wchłonęły się prawidłowo. I tak oto kolejne USG miałam 3.09, pojechałam na nie spokojna, przecież nic się nie działo. Podczas badania okazało się jednak, że trzecie dzieciątko nie rozwija się prawidłowo, a serce przestało mu bić. To był dla mnie cios! Nie mogłam opanować łez. Pani doktor szybko poprosiła na konsultację inną ginekolożkę, aby upewnić się, że niczego nie przegapiła. Druga konsultacja potwierdziła fakt, że moja ciążka obumarła. Dziecko, które miałam w sobie nie żyło. Otrzymałam skierowanie do szpitala, w którym odesłali mnie do domu. Powiedziano mi, że lepiej, abym poroniła samoistnie i mam poczekać tydzień, aż to nastąpi. To był długi i ciężko tydzień. Pełen smutku, bólu, którego dotychczas nie znałam, pytań i braku odpowiedzi, żalu i rozpaczy. Nie poroniłam jednak samoistnie, a mój organizm zachowywał się jakby był nadal w ciąży – miałam mdłości i awersje zapachowe do jedzenia, wciąż też czułam się słabo.

Po tygodniu udałam się do szpitala, brzuch bolał mnie coraz mocniej, ale krwawienie nie występowało. Pojawiły się za to intensywne upławy. Zostałam przyjęta na oddział. Tego samego dnia, tj.10.09 podano mi dopochwowo globulki, które miały rozszerzyć szyjkę macicy oraz wywołać skurcze macicy i w konsekwencji poronienie. Ból brzucha i pleców był nie do wytrzymania, mdłości gorsze, niż ciążowe, dreszcze i zimno ogromne, a krwawienie intensywne, ale i tak tym największym bólem, który odczuwałam był ból psychiczny i on rozdzierał mnie od środka. Po trzech dniach wypisano mnie do domu. Moja macica w całości „wyrzygała” moje dziecko 🙁

I choć myślałam, że wrócę do domu z poczuciem wewnętrznego spokoju, że mam to wszystko za sobą, to dopiero po powrocie właśnie tłumione we mnie emocje dały upust i ujrzały światło dzienne…

Muszę tą stratę przepracować całkowicie i wierzę, że ten blog pomoże mi ułożyć na nowo myśli i przejść płynnie do nowej teraźniejszości.

Tagi , , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *