Ponadprzeciętny popęd seksualny.

Mówią, że mężczyźni myślą o seksie ileś tam razy częściej, niż kobiety, ale chyba ci co tak twierdzą, mnie nie znali. Myślę, że ilością moich myśli i fantazji przebijałam niejednego faceta. Seks był dla mnie szalenie istotny, bardzo go lubiłam i mogłam uprawiać codziennie. Nie zawsze tak jednak było, wydaje mi się bowiem, że na naszą, kobiet, ochotę na seks ma wpływ przede wszystkim jego jakość.

Zaczęłam uprawiać seks w wieku 18 lat i miałam jak dotąd kilku różnych partnerów, ale tak naprawdę radość z seksu zaczęłam odczuwać dopiero po kilku latach, mając około 24-25 lat. Było to po rozstaniu z moim ówczesnym chłopakiem, z którym byłam jakieś 5 lat. Wtedy dopiero poszłam „w tango” i zaczęłam zgłębiać temat, odczuwając dotychczas nieznane wrażenia 🙂 Moja największa „kumulacja” energii seksualnej zbiegła się z poznaniem mojego męża. Mój mąż jest niesamowitym kochankiem i nie skłamię, jeśli napiszę, że najlepszym, jakiego miałam. Dlatego właśnie myślę, że jakość seksu ma wpływ na nasz popęd seksualny. Gdyby mój mąż nie dbał o moje potrzeby, nie zaspakajał mnie, nie dawał mi takiej radości ze zbliżeń – nie miałabym ochoty na seks, bo nie byłoby to dla mnie nic fajnego, czy przyjemnego. Wymyślałabym wymówki o bolącej głowie, przemęczeniu, stresie itp., a nie robię tego – wręcz przeciwnie. Jednak nie ukrywam, że moje libido w ostatnim czasie znacząco spadło… Najpierw przed zabiegiem nie odczuwałam większej ochoty na seks. Po zabiegu ochota wróciła, ale na chwile, bo po kolejnym poronieniu moje libido spadło do zera. Po prostu nie mam ochoty na seks i nie chcę go uprawiać. Zastanawiam się tylko, dlaczego? Gdzie podziała się moje seksualna energia? Czy to strach przed kolejną ciążą, czy psychiczny ból po poprzedniej? A może smutek? Nie wiem. Powiedziałam Mężowi wprost – nie mam ochoty i poprosiłam o wyrozumiałość i cierpliwość, zapewniłam, że to wróci. Bo wróci, prawda? Czytałam kiedyś o dwóch różnych rodzajach libido – są osoby, które odczuwają ciągłą gotowość i osoby, które lubią seks, ale wymagają zachęcenia. Ja zdecydowanie wpisałabym się w tą pierwszą grupę – zawsze gotowa, zawsze podniecona, zawsze chętna. Mój mąż jest raczej drugim typem. Mimo to nigdy nie stanowiło to dla nas większego problemu (no może poza kilkoma sytuacjami, kiedy byłam na maksa nabuzowana i chciałam seksu, a mój mąż nie miał na niego ochoty w danym momencie). Wypracowaliśmy sobie w tym aspekcie jakiś racjonalny kompromis, który uwzględniał potrzeby naszej dwójki. Udało nam się to też dzięki moim wizytom u psychologa, ponieważ podczas jednej z wizyt powiedziałam, że moja ochota na seks jest zdecydowanie większa, niż męża, że wciąż i wciąż myślę o seksie, że czasami mam wrażenie, że mogłabym to zrobić z każdym i wszędzie, by tylko rozładować napięcie (oczywiście nie potrafiłabym zdradzić mojego męża). Dużo o tym rozmawiałyśmy, dzięki temu zrozumiałam, że nie każdy musi chcieć zawsze i o każdej porze i zaakceptowałam tą sytuacje. Uprawialiśmy seks zazwyczaj co 3-4 dni i było to rozwiązanie dla nas dobre. A teraz? Nie kochaliśmy się już 10 dni i… nie czuję potrzeby, nie mam ochoty. Miałam tak już w trakcie pierwszej ciąży, bo przez pierwsze kilka tygodni to była ostatnia rzecz, o której myślałam. Miałam tak w marcu przed zabiegiem, bo stresowałam się swoim stanem zdrowia i byłam pełna obaw o wyniki badań. I mam tak teraz. Moja kolejna terapia odbędzie się dopiero 10 czerwca i zastanawiam się, czy uda mi się ten nagły awers do seksu do tego czasu pokonać, a może dopiero omówimy go podczas konsultacji? Dlaczego ta, do tej pory, tak ważna dziedzina mojego życia, stała się dla mnie opcją kompletnie nieatrakcyjną? Czy powinnam niejako zmusić się do tego? Czy może ochota wróci, jak „przypomnę” swojemu ciału, jakie to przyjemne i odprężające? A może mój mąż powinien spróbować metodą małych kroków? Atmosfera, kolacja, masaż, pieszczoty? Może to wróci? Nie chcę lekceważyć jego potrzeb, ale też nie potrafię teraz zbliżyć się do niego…

Jest we mnie tyle bólu i cierpienia… Wiele różnych emocji… Czasami radzę sobie z nimi lepiej, innym razem gorzej. Czuję się w tym wszystkim bardzo samotna. Kilka dni temu mąż zapytał mnie o to, co mi jest i czy może mi jakoś pomóc. Wiecie co mu powiedziałam? Że i tak nie zrozumie moich emocji i że wolę poczekać na wizytę u psychologa. Stwierdził, ze pewnie mam racje i poszedł do pokoju obok… A ja tak bardzo chciałam, aby mnie wtedy przytulił. Dlaczego nie potrafiłam Mu tego powiedzieć…???

Tagi , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *